Wszystko jest sztampowe, a diabeł tkwi w szczegółach

Yoneda Kou wybija się spośród mas autorek  yaoi. Nie wybija się jednak wielką oryginalnością (przymykam oko na postacie w Saezuru…), ale raczej podejściem do tematu i klimatem. Mówiąc krótko – bardzo dobrym rzemiosłem. Dlatego na wieść, że Yonedę zacznie wydawać w Polsce wydawnictwo Kotori mój wewnętrzny fangirl włączył się natychmiastowo i wrzeszczał mi gdzieś w czeluściach czaszki „TAAAAK! WRESZCIE!!!1!”.

[O ile ktoś wierzy, że w takim gatunku jak yaoi istnieją spoilery, to tak, moi drodzy, dalej są SPOILERY i SZCZEGÓŁY FABUŁY, czyli takiej wielkiej, fabulous buły. Więcej lamerskich żartów za to już raczej nie uraczycie… Chyba.]

Im dłużej się na nią gapię, tym szerzej gęba mi się uśmiecha. Ładna, schludna, w pastelowych kolorach. Togawa próbujący otoczyć i pocałować (prawdopodobnie) Shimę i Shima w pozycji obronnej odpychający Togawę – serio, okładka mówi wszystko, co się w tej mandze znajduje. [okładka ze strony wydawnictwa]

Ponieważ wydawnictwo zapowiedziało dwie pozycje od tej autorki, na pierwszy rzut poszedł krótszy i zakończony Labirynt uczuć, w oryginale Doushitemo Furetakunai. Wydany został w połowie marca w Kolekcji BL i z tego co czytałam, spotkał się z pozytywnym odbiorem przez fanów. Nic zresztą w tym dziwnego, w końcu to jedna z tych lepszych pozycji gatunkowych. Jak pisałam, Yoneda nie odrzuca schematów całkowicie na śmietnik, raczej pogłębia je małymi szczegółami; mi samej takie rzeczy sprawiają specyficzną, popkulturową radość.

Zastanawiałam się jednak, czy osoby z zewnątrz, nie interesujące się yaoi, mogłyby docenić pracę Yonedy Kou. Przez długi czas wydawało mi się, że niespecjalnie, bo większą frajdę z dobrze rozrysowanego i napisanego jaojca ma sama fanka, nie-fan niekoniecznie musi zauważyć, czym się dobre od mniej dobrego różni. Trochę przekonała mnie Ajsza z bloga Nyuu Manga, że tak niekoniecznie musi być. Chociaż Ajsza nie ma rozeznania w tym gatunku, mangi nie oceniłaby nisko (pomimo niektórych błędnych założeń).

Labirynt uczuć akurat jest moim najmniej lubianym dziełem tej autorki, co oczywiście nie oznacza, że nie lubianym w ogóle. Na tle jej innych prac na pierwszy rzut oka wygląda bardzo… zwyczajnie; w końcu to jej debiut. Mój brak zachwytu co do tego tytułu to głównie zasługa Shimy (głównego bohatera), który jest tak pesymistyczną postacią, że gdyby nie wyszedł spod ręki tej autorki, prawdopodobnie stałby się bardzo wkurzającym przykładem „insecure uke”. A tak jest tylko trochę irytujący. Miejscami.

Jaojec ten to w sumie klasyczne okruchy życia: nowa praca, nowy szef, nowa miłość i próba zapomnienia o nieprzyjemnościach starej miłości i pracy. Fabularnie nie ma specjalnie o czym więcej gadać, bo główną osią akcji jest docieranie się do siebie dwóch osób (czy istnieje takie sformułowanie? zawsze go używałam, ale nigdy nie przejmowałam się, czy ono istnieje naprawdę). No i dobrze, bo wychodzi to bardzo dobrze. W takich przypadkach fabuła nie jest najważniejsza, tylko postacie i ich charaktery.  Zdarzeniem nie wynikającym z charakterów postaci, czynnikiem zewnętrznym w trakcie trwania mangi jest jedynie przeniesienie Togawy. Przez resztę czasu nie dzieje się nic albo dzieje się wszystko, zależy jak na to spojrzeć.

Shima Toshiaki i Togawa Yousuke, główna para tej mangi, są jak woda i ogień. Albo jak optymista i pesymista, jeśli mam być dokładna. Shima jest zamknięty w sobie i wszystko widzi w ciemnych barwach – takie postacie są nieprzyjemne, jeśli brane na serio. W Labiryncie… niestety Shima sam siebie bierze na serio; na szczęście Togawa już ma więcej dystansu. Zresztą nawet Shimę ratuje jego opryskliwość i powaga – zamiast użalać się nad sobą i światem częściej milczy przybierając pokerową twarz albo odgryza się zaczepiającemu go Togawie. Wewnętrzne monologi tej postaci się zdarzają, ale nie aż tak często.

Przykład rozdziałów i ręki zza kadru. Teraz jak się zastanawiam, to takich niczyich kończyn jest całkiem dużo u Yonedy – oprócz strony kolorowej i tej jest jeszcze na przykład okładka Saezuru…, na której widzimy niczyje nogi, dotykające głównego bohatera. Oczywiście możemy się domyślić, kogo to jest; zresztą gdyby nie był to jaojec, to wyglądałoby to bardzo fanserwiśnie (coś jak okładki od Karnevala?) [wszystkie zdjęcia w słabej jakości mojego autorstwa]

Przykład rozdziałów i ręki zza kadru. Teraz jak się zastanawiam, to takich niczyich kończyn jest całkiem dużo u Yonedy – oprócz strony kolorowej i tej jest jeszcze na przykład okładka Saezuru…, na której widzimy niczyje nogi, dotykające głównego bohatera. Oczywiście możemy się domyślić, kogo to jest; zresztą gdyby nie był to jaojec, to wyglądałoby to bardzo fanserwiśnie (coś jak okładki od Karnevala?) [wszystkie zdjęcia w słabej jakości mojego autorstwa]

Togawa za to… Togawa to całkiem inna bajka. Z poprzedniego porównania wynikałoby, że to on jest optymistą. Jeśli jednak osobie niezaznajomionej z tym tytułem skojarzeniem słowa „optymista” będzie naiwniak, który uśmiech ma przylepiony do warg – to nie to porno. Togawa, dyrektor jednego z działów firmy, do której przeniósł się Shima, jest dosyć osobliwym człowiekiem, jeśli ująć go w jaojcowe czy nawet mangowe ramy. Z jednej strony – nie dba o siebie, ma tragiczną przeszłość, pali jak smok (na marginesie pozostawiam odwieczne pytanie „czy smoki palą?”) i na pierwszy rzut oka wyznaje tumiwisizm. Z drugiej jednak strony jest całkiem pozytywną postacią: jest towarzyski, solidny w pracy, bez uprzedzeń, nie użala się nad sobą (chociaż powody znalazłyby się). W sumie w dużej mierze jest po prostu normalny normą, która jednak ma jakieś cechy. W mangach od czasu do czasu pojawiają się przeciętne postacie, które są tak nijakie, że aż przezroczyste. Z Togawą całe szczęście tak nie jest. To w gruncie rzeczy on stabilizuje cały ich związek i wyciąga z bagna nieoryginalności. Togawa ponadto nie jest jednoznacznie… nie wiem, jak to określić: fajny, męski, dominujący? Ma dosyć widoczne wady, w rzeczywistości jego zachowanie mogłoby zirytować niejedną kobietę – pod tym względem jest rzeczywistą postacią, nie przeszarżowaną, złożoną na ołtarzu konwencji kliszą. Rzadki przypadek, żeby jaojec pokazał faceta, rzeczywiście zbliżającego się do przeciętnego wizerunku faceta.

Inna sprawa to background, jaki autorka dała Togawie. Jest naprawdę tragiczny – bo chyba można tak powiedzieć o pożarze domu spowodowanym przez własną matkę, w którym zginął młodszy brat, a później o jej samobójstwie (a wszystko to spowodowane śmiercią ojca). Sam background jest w sumie dosyć typowy (w mangach odwrotnie niż w życiu!) dla tego rodzaju bohaterów, ale to, co się później dzieje z Togawą już tak typowe nie jest; mianowicie Togawa jest zwyczajny. On sam nie ma problemów ze swoją przeszłością, chociaż oczywiście widać jej wpływy na jego charakter (np. powracający wątek założenia rodziny). Przy czym nie dostajemy żadnego uporania się z jego przeszłością. Dlaczego? Prawdopodobnie dlatego, że w domyśle uporał się z nią już kiedyś i w teraźniejszości to nie przeszłość jest dla niego najważniejsza. Nieczęsty przypadek, kiedy wątek tragicznej przeszłości jest poprowadzony w taki sposób.

To jest zresztą siła części postaci Yonedy Kou, że przeszłość nie kształtuje ich w sposób najbardziej oczywisty. Saezuru… może posłużyć za flagowy przykład.

Jednak to też nie jest tak, że przeszłość Togawy nie wraca w ogóle – wraca, ale to Shima jest nią głównie zmartwiony. Na pierwszy rzut oka może to się wydawać naciągane – no i cóż, może rzeczywiście takie jest, ale (!) troska o Togawę bez rodziny i prawdopodobnie lęk dotyczący ponownego odrzucenia ze znów tych samych powodów są w sumie zrozumiałe. Tym większy jest to cios dla Togawy, gdy coś, co było dla niego sprawą zamkniętą, wypływa w sposób, w jaki nie może specjalnie nikogo za to winić. Odbija się to zresztą w słowach Togawy: „Mówisz mi, że wszystkiemu winna jest moja przeszłość” – s. 171-172; także później Shima dokłada swoją cegiełkę mówiąc: „Przeszłość, jaka go ukształtowała, już sam jej zarys to dla mnie ciężar, którego nie jestem w stanie udźwignąć” – s. 135.

Bohaterowie poboczni są za to… poboczni. To znaczy nie są samymi twarzami (notabene jeden jej nawet nie ma), ale też nie przejmują pałeczki w prowadzeniu fabuły. Człowiekiem bez twarzy – na szczęście nie w sposób, w jaki beztwarzowy jest jeden z bohaterów chłopców Urasawy – jest tutaj były Shimy. Muszę przyznać, że zastanawia mnie, dlaczego autorka nie dała mu nie tylko nazwiska, ale i twarzy. Podejrzewam, że być może chodziło o spowodowanie braku sympatii czytelnika do bohatera (ciężko się z kimś takim identyfikować), a być może nie był zbyt ważny (chociaż był), w każdym razie nie pojawiał się zbyt często w komiksie. Istnieje, jest dupkiem i raczej przebywa poza kadrami mangi.

Inną sprawą jest Onoda, bohater swojej własnej historii, który tutaj robi głównie za przyjaciela i informatora. W bonusowym rozdziale Depresja dyrektora Onody staje się nawet na chwilę tym trzecim, dzięki czemu później dostał własną historię. Rozdział ten można traktować zresztą jako prolog do późniejszych doujinshi z nim i Deguchim w rolach głównych. Muszę przyznać, że swego czasu uwielbiałam wręcz tę poboczną historię i nagminnie ją czytałam (zaraz obok Reply i Saezuru…). Może właśnie dlatego już się nią znudziłam trochę… W każdym razie autorka ostatnimi czasy wydała spin-off w formie tomiku (o tytule Soredemo, Yasashii Koi o Suru), więc istnieje jakaś szansa na wydanie ich w Polsce. Nadzieja przecież umiera ostatnia (Monster i Berserk dobrym przykładem).

Reszta postaci jest widoczna, ma nawet jakieś swoje cechy (moim faworytem jest szef Togawy). Co mnie w sumie zawsze cieszyło u Yonedy Kou to fakt, że wszystkie postacie u niej zachowują się i przede wszystkim rozmawiają całkiem naturalnie. Można gdzieś tam napotkać „witaj” i „dzięki”, często poboczne postacie rzucają zabawnymi tekstami, ich kwestie nie są sztywne i bardzo często nie mają celu w warstwie fabularnej (tzn. nie mają jedynie za zadanie pchnąć fabuły do przodu). To zresztą widać w warstwie meta komiksu – na niektórych stronach roi się od dymków i tekstów pobocznych, co sprawia wrażenie, że wszyscy gadają przez siebie i każdy ma coś do powiedzenia. Tym bardziej cieszy, że główni bohaterowie także zachowują się dosyć naturalnie jak na standardy mangi yaoi (tekst Togawy na dobranoc to „Tylko nie puszczaj bąków przez sen”).

Strona przykładowa ze strony wydawnictwa Kotori. Dobrze obrazuje ilość małych dymków i tekstu, jaka się pojawia na kartach mangi.

Pisałam wcześniej, że w Labiryncie uczuć najważniejsze są postacie, nie fabuła – i jest to prawda. Co oryginalnego może być w zwykłych okruchach życia z gatunku BL? No właśnie diabeł tkwi w szczegółach. I do szczegółów teraz dochodzimy:

  • Nie trzeba daleko szukać: już pierwsze spotkanie Togawy i Shimy jest zaprzeczeniem miłości od pierwszego wejrzenia, motywu częstego we wszelkich romansach. Togawa w windzie jest trochę zbyt nachalny i śmierdzi – nie robi dobrego pierwszego wrażenia (co jest eufemizmem) i co bardzo ważne: nie robi dobrego wrażenia z własnej winy. Bowiem pół biedy, gdy postać potknie się o czyjąś nogę i tak ją po raz pierwszy zobaczy „miłość życia” – wszystko to tylko przypadek, mały kamyczek na drodze „tru luv”. Ale bohater śmierdzący po imprezie i odstraszający zachowaniem – w schematycznych historiach zdarza się rzadko, a chyba nikt nie zaprzeczy, że yaoi jest wręcz schematem przesiąknięte. Tak więc ich radosne pierwsze spotkanie kończy się niechęcią Shimy, a punktem dla Yonedy Kou.
  • Następna zdemitologizowana, zdjęta z piedestału rzecz: ich pierwszy pocałunek. Jest to w sumie bardziej spontaniczne cmoknięcie ze strony Togawy. Sama autorka nie poświęca mu zbyt wiele strony, umiejscawia pomiędzy małymi kadrami, przez co ma się wrażenie, że całe zdarzenie następuje bardzo szybko i nie jest zbyt ważne. Inaczej jest przy drugim pocałunku, ukazanym według prawideł gatunku, aczkolwiek i tak komentarz Shimy, że „ten pocałunek smakuje okropnie” jest bardziej życiowy. I znowu punkt dla Yonedy Kou.
I spontaniczny cmok! Jak już pisałam, scena ani nie jest w centrum strony, ani nie jest przeciągnięta – takie małe przełamanie schematu pokazywania pierwszego pocałunku. I Shima wycierający sobie usta? Serio, jaka postać wyciera usta po pocałunku w dzisiejszych czasach?

I spontaniczny cmok! Jak już pisałam, scena ani nie jest w centrum strony, ani nie jest przeciągnięta – takie małe przełamanie schematu pokazywania pierwszego pocałunku. I Shima wycierający sobie usta? Serio, jaka postać wyciera usta po pocałunku w dzisiejszych czasach?

  • Podobnie zresztą wygląda reakcja Togawy na propozycję przeniesienia: według prawideł gatunku powinien z miłości odmówić przeniesienia (najlepiej od razu albo po krótkim namyśle), a ten się jeszcze zgadza! Co prawda zasugerowano nam, że tak naprawdę nie miał wyboru, ale serio, miłość nie takie rzeczy pokonywała. I znowu jakby cichym krokiem na scenę wkracza życie.

Nie ma co się oszukiwać: gatunek określany mianem yaoi albo Boys Love to przede wszystkim fantazje heteroseksualnych dziewcząt, a takowe mają tendencję do słodkości, odrealnienia, miłości aż po grób lub… ugh… innych, mniej cukierkowych rzeczy. Labirynt uczuć wśród tego lepkiego morza fantazji jest małą wysepką, która co prawda nie wystaje aż tak mocno ponad to morze, ale ma swoje własne ciekawe elementy, bardziej rzeczywiste, a przez to trochę oryginalniejsze.

Nagadałam (napisałam?) się w sumie o fabule i postaciach, a przecież zostało jeszcze trochę rzeczy do opowiedzenia, i tych ważnych, i tych standardowych.

Dla swojego użytku kreski w BL rozróżniam na te młodzieżowe i te dorosłe. Nazewnictwo jak i rozróżnienie jest do dupy, ale jako że innego nie jestem w stanie wymyśleć, zostanie to. Tak więc kreska Yonedy Kou to kreska z dorosłego nurtu (w który wrzucam np. Hidakę Shoko, Inoue Satou czy Natsume Isaku), bardziej alternatywnego niż mainstreamowego, niesłodkiego i nieozdobnego, zbliżającego się do realizmu. Projekty postaci tutaj są proste, trochę kanciaste – same w sobie są dosyć charakterystyczne. Co więcej, gdyby ustawić obok siebie bohaterów różnych mang Yonedy Kou, to rozróżnienie ich nie powinno sprawić dużego problemu. Nie rzucają się specjalnie w oczy. Sama autorka za to moim laickim zdaniem fajnie operuje światłocieniem i całkiem nieźle przestrzenią: najlepiej widać to na twarzach postaci, które może nie zawsze, ale często są zacieniowane, co dodaje scenom poważniejszego charakteru (czy ja gadam głupoty?). Scen seksu nie ma zbyt dużo, dlatego osoby nieprzyzwyczajone do jaojców mogą spokojnie spróbować poczytać ten tytuł.

Co mnie jednak najbardziej u autorki fascynuje, to jest operowanie ciszą. Ogólnie wolę dramaty, które zamiast krzykiem i lamentem rozpacz i smutek pokazują ciszą (wyciszeniem) i obrazami. W Labiryncie… to akurat różnie wygląda (w końcu mamy tutaj Shimę, który od czasu do czasu musi się poużalać), ale w sumie zdarzają się klimatyczne sekwencje, których słowa albo większe sufiksy nie zakłócają. Następna cecha, dzięki której gładko czyta się jej komiksy. Co mi w sumie przypomniało, że nie wspomniałam nic o humorze. Humor jest, jest specyficzny – czasem czarny, czasem ironiczny, głównie występujący w  wypowiedzach Togawy. To nie jest jeszcze to dziwaczne poczucie humoru Yashiro z Saezuru…, ale powoli zbliżamy się do niego. Moją ulubioną sytuacją jest ta w pociągu – nie będę jej opisywać, to akurat każdy sam musi sobie zobaczyć albo przypomnieć.

Z rzeczy standardowych: wydanie. Wydanie jest ładne, okładka moim skromnym zdaniem cudna: prosta i klimatyczna i hej! mamy zabawę ze światłem! W dodatku polska najbardziej mi się podoba ze wszystkich do tej pory widzianych. Oczywiście jak to u Kotori, brak obwoluty, są skrzydełka, tłumaczenie czyta się płynnie (tym razem mamy Annę Piechowiak jako tłumacza) i gdyby nie ten syf zwany łupieżem, radość byłaby niezmącona. Niestety łupież (białe plamki czy włoski na ciemnych tłach) występuje nie tylko w moim egzemplarzu i najlepsze, co można o tym powiedzieć to, że bywa niezamierzenie śmieszny – w końcu śmierdzący Togawa ma prawo do łupieżu.

Ładne plecy - plecy Yonedzie wychodzą bardzo fajnie - i przykład łupież. Chyba właśnie na tej stronie jest najbardziej denerwujący i najbardziej widoczny. A to przecież taka fajna manga…

Ładne plecy – plecy Yonedzie wychodzą bardzo fajnie – i przykład łupież. Chyba właśnie na tej stronie jest najbardziej denerwujący i najbardziej widoczny (na zdjęciu oczywiście specjalnie tego nie widać). A to przecież taka fajna manga…

Osobną sprawą jest tytuł. W oryginale Doushitemo Furetakunai w USA i w Niemczech (?) zostało przetłumaczone na No Touching At All, które to tłumaczenie jest bliskie oryginałowi. Francja za to postanowiła być oryginalna i stworzyła Le Labirynthe des Sentiments, z której to wersji wziął się nasz tytuł. Kotori wyjaśniło sprawę zmiany tytułu i o ile do samej idei zmiany tytułu nic nie mam, tak akurat Labirynt uczuć nie pasuje mi zanadto do tej mangi. Brzmi trochę zbyt sentymentalnie, zbyt… harlequinowato? telenowelowato? Po prostu nie ma takich samych skojarzeń, jak angielskie sformułowanie i jak dla mnie rozmija się trochę z samą mangą. Nie jest to jednak jakaś wada (a jeśli tak, to niewielka), manga pod każdym imieniem byłaby mi tak samo miła.

W tomiku obok historii głównej są jeszcze bonusowe rozdziały. O Depresji… pisałam już wcześniej. Weekend to w zasadzie miły dodatek, w którym Yoneda pokazuje w swoim stylu „hapily ever after” plus dostajemy nieśmiertelny w mangach motyw przejścia na imię własne. Z kolei Przed świtem dopowiada historię przeszłości Togawy. Nie potrzebowałam jej do szczęścia, ale w sumie ładnie zamyka ten wątek w historii, jako że wcześniej niektórych rzeczy możemy się tylko domyślać. No i mamy śnieg jako ładną klamrę dla opowieści.

Spostrzeżenia podobne do moich można znaleźć w recenzjach na Tanuki (napisanych przez Lyneel i Lin), szczególnie jeśli chodzi o aspekty nieschematyczności, zwyczajności i o kreskę. Lyneel co prawda cieplej podchodzi do postaci Shimy, ale być może ma rację, a to ja jestem przewrażliwiona na ten typ postaci. Lin za to zwraca uwagę na tytuł (i parę innych technicznych rzeczy; jeśli chcecie się więcej dowiedzieć o wydaniu, to możecie zajrzeć także do Ajszy i na forum Kotori).

Wydanie w Polsce Labiryntu… przez Kotori uświadomiło mi, że chyba lubię tę mangę bardziej, niż mi się wcześniej wydawało. Za każdym razem, gdy otwieram ją na losowej stronie, banan mi od razu wykwita na twarzy. I to jest chyba najlepsza znana mi rekomendacja.

Teraz pozostaje tylko czekać na wydanie Saezuru Tori wa Habatakanai.

[Zarówno umysł, jak i palce mocno mi zardzewiały, bo nie umiem już pisać tak jak dawniej. Najwyraźniej trochę potrwa, zanim znajdę swój rytm i styl wypowiedzi, więc jeśli ktokolwiek to czyta, proszę o trochę cierpliwości dla moich niezręcznych sformułowań.]

P.S. Na koniec bonusowy cytat, który mi się spodobał. Bo to wszystko, moi drodzy, są uczucia.

„- To litość, tak? A sam mówiłeś, że nie lubisz, kiedy ci współ…

– Mówię ci, że się w tobie zakochałem! Nie dociera to do ciebie?! Miłość, współczucie… przecież to wszystko są uczucia!” (s. 132-133)

Akedeia

1. czerwca 2014 r.

Update z 19. czerwca 2014 r. – Teraz jak się nad tym zastanawiam, to ostatni cytat jest ważny. Bardzo. Uświadomienie sobie, że współczucie i litość to są uczucia, które mogą być odczuwane i okazywane i nie są w żadnej mierze ujmą dla wszystkich osób zainteresowanych.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s